Aby ruszyć bardziej z fotografią ślubną w przyszłym sezonie, postanowiłem się trochę dokształcić w tej dziedzinie u najlepszych i wybrałem się Snap Camp, organizowany przez The Snap Shots którego hasłem było „How to kick ass in wedding photography”. Z samych warsztatów wyniosłem dużo pozytywnej energii i przydanej wiedzy o tym, raz rozwinąć się w fotografii ślubnej. Jednak nie o tym jest ten wpis.
Teoria i praktyka
Podczas Campu poza teorią mieliśmy możliwość podpatrzenia Natalii i Marcina podczas ich pracy. Zdjęcia które zobaczycie pochodzą z pleneru prowadzone przez Natalię. My też mieliśmy możliwość pracy z parą która pozowała, ale miałem dylemat, czy robić tego dni zdjęcia, czy skupić się na obserwowaniu i analizie tego jak pracuje Natalia.
Zwykle podczas takich plenerów gdzie mamy 10, 20 albo i więcej fotografów, kadry zaczynają robić się wtórne i powtarzalne. Ludzie strzelają sobie przez ramię, byle mieć fajne ujęcie, a nikt nie skupia się na tworzeniu czegoś nowego. Bo co mi po fajnym zdjęciu, które wyglada jak bym ukradł je koledze, który stał obok mnie – bez sensu. Pomyślałem, że trochę bardziej się zakręcę wokół naszych modeli i wyłapię parę smaczków w tym całym zamieszaniu.
Czerń i biel – światło i cień
Przeważnie podczas sesji które robią przeważa kolor, a tylko cześć zdjęć, które uważam, że na tym zyskają, robię w czarno-bieli. Tym razem, nie mając żadnych zobowiązać, co do sesji, postanowiłem trochę zaszaleć i już na poziomie aparatu przejść w tryb monochromatyczny i skupić się na tym co dzieje się na zdjęciach i jak rozkłada się światło. Taki mały eksperyment.
Jedynie przy zdjęciach z flarą troszkę odpuściłem, bo szkoda było tracić kolor który pięknie zagrał przy tych ujęciach.


































